No i zaczęło się.
Krwiożercza walka o oceny, czasu na oddychanie brak, a tu sezon imprez, piękne słońce i wielki leń.
Język polski i fizyka chyba jednak przerosły mój "genialny" umysł, więc ogłosiłam wszem i wobec, że szansa na czerwone pasiszcze jest mała (O biologio, miłości moja liczę na ciebie!) ale jest, więc zobaczymy co z tego wyjdzie (w najgorszym przypadku będzie to 4.73 i będę chodzić wścieknięta bardziej, niż gdyby było to 4.5). W razie czego mogę zostać szalonym muzykiem, ewentualnie pisarką (z naciskiem na to pierwsze, bo z pisaniem u mnie średnio).
Nie będę udawać, że chce mi się chodzić do szkoły, gdyż okropnie mnie to męczy (w tym okresie, nie mówię, że zawsze). Koniec roku jest o tyle trudny, że jest w moim przypadku podwójny (przeklęta Szkoła Muzyczna) i nie zawsze satysfakcjonujący (nie zawsze z mojej winy, no ale cóż poradzę?).
Nie ukrywam też, że jestem strasznie zawiedziona moimi wynikami z gitary (dostateczny, czyli tak jak dopuszczający w szkole ogólnokształcącej). Nie uważam jednak, że jest to w całości moja wina, ale wyrok zapadł, jutro rada (taki lajf). Szkoda, że czasem nasze wysiłki nie są w ogóle doceniane, ale tak też się zdarza, prawda? Skoro zaraz będzie po radzie, mogę powiedzieć, że z jednym ustrojstwem mam już spokój (wpadnę tylko na chór, mamy świetnego, choć trochę szalonego drygenta i mimo wszystko chodzę na jego zajęcia z wielką przyjemnością, chociaż marudzę jak to mam w zwyczaju ;p).
Ale narzekam, co?
Pocieszam się jednak myślą, że już za piętnaście dni, ilość kawy i coli w nocy ograniczy się do zera, kiedy wrócę do domu usiądę sobie z herbatą i dobrą książką, zamiast z podręcznikami, a zeszyty i długopisy zamienię na karton i farby. :)
P.S. Jeśli ktoś gustuje w muzyce poważnej, to podsyłam linka do utworu, który jest ze mną od tygodnia. ;) <klik>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz