No i zaczęło się.
Krwiożercza walka o oceny, czasu na oddychanie brak, a tu sezon imprez, piękne słońce i wielki leń.
Język polski i fizyka chyba jednak przerosły mój "genialny" umysł, więc ogłosiłam wszem i wobec, że szansa na czerwone pasiszcze jest mała (O biologio, miłości moja liczę na ciebie!) ale jest, więc zobaczymy co z tego wyjdzie (w najgorszym przypadku będzie to 4.73 i będę chodzić wścieknięta bardziej, niż gdyby było to 4.5). W razie czego mogę zostać szalonym muzykiem, ewentualnie pisarką (z naciskiem na to pierwsze, bo z pisaniem u mnie średnio).
Nie będę udawać, że chce mi się chodzić do szkoły, gdyż okropnie mnie to męczy (w tym okresie, nie mówię, że zawsze). Koniec roku jest o tyle trudny, że jest w moim przypadku podwójny (przeklęta Szkoła Muzyczna) i nie zawsze satysfakcjonujący (nie zawsze z mojej winy, no ale cóż poradzę?).
Nie ukrywam też, że jestem strasznie zawiedziona moimi wynikami z gitary (dostateczny, czyli tak jak dopuszczający w szkole ogólnokształcącej). Nie uważam jednak, że jest to w całości moja wina, ale wyrok zapadł, jutro rada (taki lajf). Szkoda, że czasem nasze wysiłki nie są w ogóle doceniane, ale tak też się zdarza, prawda? Skoro zaraz będzie po radzie, mogę powiedzieć, że z jednym ustrojstwem mam już spokój (wpadnę tylko na chór, mamy świetnego, choć trochę szalonego drygenta i mimo wszystko chodzę na jego zajęcia z wielką przyjemnością, chociaż marudzę jak to mam w zwyczaju ;p).
Ale narzekam, co?
Pocieszam się jednak myślą, że już za piętnaście dni, ilość kawy i coli w nocy ograniczy się do zera, kiedy wrócę do domu usiądę sobie z herbatą i dobrą książką, zamiast z podręcznikami, a zeszyty i długopisy zamienię na karton i farby. :)
P.S. Jeśli ktoś gustuje w muzyce poważnej, to podsyłam linka do utworu, który jest ze mną od tygodnia. ;) <klik>
czwartek, 12 czerwca 2014
środa, 11 czerwca 2014
A ty nie za młoda jesteś?
Taka mnie dzisiaj myśl naszła, że osoby w moim wieku często słyszą:
"Jak dorośniesz, zrozumiesz"
"Za młody jesteś"
"Latek masz za mało"
I tego typu inne stwierdzenia.
Poniekąd nie dziwi mnie to, gdyż wchodząc dziś chociażby do Manufaktury, można zobaczyć wielce "dorosłą" młodzież. Nie każdy jednak nastolatek ma w głowie wyłącznie ciuchy i imprezy.
Skąd mi się to dzisiaj wzięło? A no stąd, że rozmawiałam sobie z moim trzy lata starszym znajomym i po tym jak powiedziałam, że byłam ostatnio na imprezie usłyszałam, że "Takie gówniarstwo jak ja nie powinno nigdzie wychodzić, bo gówno wiemy i udajemy dorosłych" (warto wspomnieć o tym, że mówi to osoba, która dwa lata temu nie wiedziała co robiła, gdzie była albo jakim cudem znalazła się w domu i biegała od pubu do pubu z piwem w jednej ręce i papierosem w drugiej).
Jest mi przykro, że sporo starszych ludzi ocenia nas ze względu na to, że kilka (no dobra, całkiem sporo) jednostek powinno się cofnąć gdzieś do etapu przedszkola, bo czasem dzieci w szkole podstawowej mają więcej rozumu. Uważam, że mimo tego, że nie wszyscy przekroczyliśmy magiczną barierę wieku, powinno nam się dać szansę na to, żebyśmy udowodnili, że można nas potraktować jak "dorosłych młodych" i jednocześnie, że osiemnaście lat nie czyni z nas dorosłych.
Taka moja wieczorna refleksja.
I jeszcze się poskarżę, że niesamowicie niewygodnie jest mi pisać z jedną ręką w gipsie.
Do następnego! :)
"Jak dorośniesz, zrozumiesz"
"Za młody jesteś"
"Latek masz za mało"
I tego typu inne stwierdzenia.
Poniekąd nie dziwi mnie to, gdyż wchodząc dziś chociażby do Manufaktury, można zobaczyć wielce "dorosłą" młodzież. Nie każdy jednak nastolatek ma w głowie wyłącznie ciuchy i imprezy.
Skąd mi się to dzisiaj wzięło? A no stąd, że rozmawiałam sobie z moim trzy lata starszym znajomym i po tym jak powiedziałam, że byłam ostatnio na imprezie usłyszałam, że "Takie gówniarstwo jak ja nie powinno nigdzie wychodzić, bo gówno wiemy i udajemy dorosłych" (warto wspomnieć o tym, że mówi to osoba, która dwa lata temu nie wiedziała co robiła, gdzie była albo jakim cudem znalazła się w domu i biegała od pubu do pubu z piwem w jednej ręce i papierosem w drugiej).
Jest mi przykro, że sporo starszych ludzi ocenia nas ze względu na to, że kilka (no dobra, całkiem sporo) jednostek powinno się cofnąć gdzieś do etapu przedszkola, bo czasem dzieci w szkole podstawowej mają więcej rozumu. Uważam, że mimo tego, że nie wszyscy przekroczyliśmy magiczną barierę wieku, powinno nam się dać szansę na to, żebyśmy udowodnili, że można nas potraktować jak "dorosłych młodych" i jednocześnie, że osiemnaście lat nie czyni z nas dorosłych.
Taka moja wieczorna refleksja.
I jeszcze się poskarżę, że niesamowicie niewygodnie jest mi pisać z jedną ręką w gipsie.
Do następnego! :)
Lektury w kadrze!
Pewnie większości z Was, z racji tego, że chodzicie ze mną do szkoły, nie jest obcy konkurs "Lektury w kadrze". Jeśli jednak znalazł się tutaj ktoś, kto nie ma pojęcia o czym mówię, kilka słów wprowadzenia.
"Lektury w kadrze" jest to konkurs, który organizuje nasza szkoła. Skierowany jest do uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, a polega na tym, że każdy z uczestników ma za zadanie nakręcić film na podstawie wybranego wiersza, lub lektury szkolnej (do dziesięciu minut, regulamin czasem warto przeczytać ;p) Tegoroczna edycja była edycją numer trzy (miałam przyjemność być na gali po raz drugi).
Generalnie galę odbieram bardzo pozytywnie (wytnijmy 3 minuty w których śpiewałam i udajmy, że tego nie było, bo głos trząsł mi się jakbym jechała po Polskich drogach).
Oczywiście na rozdanie nagród w Muzeum Kinematografii zostały zaproszone szkoły, które zajęły trzy pierwsze miejsca, oraz wyróżnienia.
Ponieważ zupełnie nie znam się na filmach od strony technicznej (do czego przyznaję się bez bicia), mogę je ocenić bazując wyłącznie na tym, czy film zwyczajnie mi się podobał, czy też nie.
W pamięć najbardziej zapadły mi dwa filmy.
Pierwszy z nich zajął zaszczytne drugie miejsce (kategoria gimnazjum), jego tytuł to "Mieszkańcy" (nie ukrywam, że po prostu bardzo lubię ten wiersz, Julian Tuwim moim mistrzem). Podobał mi się nastrój panujący w filmie (mam też kontakt z jedną z autorek filmu, aczkolwiek absolutnie nie wpływa to na moją opinię na jego temat).
Tutaj możecie go obejrzeć <klik>
Drugim filmem, który był absolutnie genialny, była "Apokalipsa".
Co tu dużo mówić, genialna muzyka, świetne potworki (ten z językiem i milionem par oczu mnie urzekł, chyba sobie takiego ulepię, serio).
Dziewczyny, które nakręciły to cudeńko są z I Społecznego Liceum im. Maharadży Jam Saheba Digvijay Sinhji (kto mi powie jak mam to przeczytać, ma u mnie czekoladę!)Podejrzewam, że gdyby nie fakt, że jest dość krótki (chociaż dwa i pół tysiąca zdjęć nie wskazywałoby na to) zająłby pierwsze miejsce.
Tutaj znów odsyłam do Youtube'a <klik>
Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona organizacją, która według mnie była dużo lepsza niż w zeszłym roku. Co do ludzi, którzy przyjechali na galę, wszyscy (no, z drobnymi wyjątkami) byli przesympatyczni, atmosfera była świetna!
Czekam na następną edycję! :)
Wróciłam :D
Wszystkim tym, którzy czekali na wpis (o ile tacy istnieją) ogłaszam wszem i wobec, że odzyskałam internet! (i nawet nie macie pojęcia jak się cieszę)
Wrzucę za moment wszystkie notki, które napisałam już wcześniej, ale których z powodu odcięcia od internetu nie mogłam opublikować.
Miłej lektury! ;)
poniedziałek, 9 czerwca 2014
exams, exams, exams
Sporo moich znajomych myśli, że skoro jestem w szkole prywatnej, to zapewne nic nie robię, jestem głupia, na lekcjach piję z nauczycielami herbatę, a za oceny płaci mi mama. Jest trochę inaczej, więc niektórzy muszą trochę powstrzymać swój jad jeśli chodzi o wypowiadanie się na ten temat.
Nie ukrywam, że poniekąd wiem, skąd wzięła się taka opinia a nie inna i nie powiem, że pewne rzeczy mnie nie irytują, ale o tym kiedy indziej.
Okres od końca maja do połowy czerwca jest jednym z najbardziej męczących okresów, które w ciągu roku szkolnego istnieją. Poza naszymi "cudownymi" egzaminami semestralnymi, które piszemy z każdego przedmiotu, a które mają wagę dziesięć lub piętnaście (nikt mi nie wierzy, że taka waga w ogóle istnieje ;p) mam też egzaminy w Szkole Muzycznej, których nie cierpię i o tym właśnie teraz.
Kiedy ktoś wspomina mi o tym, że mamy czerwiec i za chwilę wyznaczą terminy, to aż mnie skręca od środka. Nie wynika to z tego, że nie chce mi się uczyć utworów, nie, nie. Wzięło się to stąd, że mój poprzednigzamin (semestralny) był milusi i uroczy, a egzaminatorzy, którzy niczym bogowie siedzieli za stołem, patrzyli się na mnie jakbym była gównem (dosłownie, nie w przenośni). Zawsze mi się wydawało, że jeżeli ktoś siedzi w komisji, to kiedyś też przez to przechodził i wie jak duży jest to stres, ale państwo, którzy mnie egzaminowali, chyba jednak tego nie wiedzą. Wychodząc, odniosłam wrażenie, że ludzie którzy tam siedzieli byli albo chamscy z natury, albo mocno (bardzo mocno) niedowartościowani i na kimś postanowili się dowartościować.
Tak, pewnie myślicie, że nie nauczyła się więc marudzi jakie życie jest niesprawiedliwe. Otóż nie.
Nie mówię oczywiście, że grałam bezbłędnie, idealnie i perfekcyjnie, ale piątka z dwoma minusami należałaby mi się, gdyby nie nerwy (ręka dosłownie latała mi przy gryfie).
Nie wiem też jaki jest cel takiego zachowania, bo w niczym ono nie pomaga, wręcz demotywuje do starania się i ćwiczeń (bo po co mam się starać jeśli i tak nie wyjdzie?).
Niestety z tym fantem nic zrobić się nie da i pozostaje tylko czekać do dwudziestego siódmego czerwca. :)
Nie ukrywam, że poniekąd wiem, skąd wzięła się taka opinia a nie inna i nie powiem, że pewne rzeczy mnie nie irytują, ale o tym kiedy indziej.
Okres od końca maja do połowy czerwca jest jednym z najbardziej męczących okresów, które w ciągu roku szkolnego istnieją. Poza naszymi "cudownymi" egzaminami semestralnymi, które piszemy z każdego przedmiotu, a które mają wagę dziesięć lub piętnaście (nikt mi nie wierzy, że taka waga w ogóle istnieje ;p) mam też egzaminy w Szkole Muzycznej, których nie cierpię i o tym właśnie teraz.
Kiedy ktoś wspomina mi o tym, że mamy czerwiec i za chwilę wyznaczą terminy, to aż mnie skręca od środka. Nie wynika to z tego, że nie chce mi się uczyć utworów, nie, nie. Wzięło się to stąd, że mój poprzednigzamin (semestralny) był milusi i uroczy, a egzaminatorzy, którzy niczym bogowie siedzieli za stołem, patrzyli się na mnie jakbym była gównem (dosłownie, nie w przenośni). Zawsze mi się wydawało, że jeżeli ktoś siedzi w komisji, to kiedyś też przez to przechodził i wie jak duży jest to stres, ale państwo, którzy mnie egzaminowali, chyba jednak tego nie wiedzą. Wychodząc, odniosłam wrażenie, że ludzie którzy tam siedzieli byli albo chamscy z natury, albo mocno (bardzo mocno) niedowartościowani i na kimś postanowili się dowartościować.
Tak, pewnie myślicie, że nie nauczyła się więc marudzi jakie życie jest niesprawiedliwe. Otóż nie.
Nie mówię oczywiście, że grałam bezbłędnie, idealnie i perfekcyjnie, ale piątka z dwoma minusami należałaby mi się, gdyby nie nerwy (ręka dosłownie latała mi przy gryfie).
Nie wiem też jaki jest cel takiego zachowania, bo w niczym ono nie pomaga, wręcz demotywuje do starania się i ćwiczeń (bo po co mam się starać jeśli i tak nie wyjdzie?).
Niestety z tym fantem nic zrobić się nie da i pozostaje tylko czekać do dwudziestego siódmego czerwca. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)